Świąteczna zwada

Wielkanocna kłutnia

Święta, święta, kto nie lubi celebrować i odpoczywać?. Odwiedziliśmy siostrę ojca w pierwszy dzień świąt. Już w styczniu zapraszaliśmy ją do siebie, ale Mahomet nie chciał do góry, to góra przyjechała do Mahometa. W sumie to raczej Mahometki. Kobieta już od kilku lat mieszka sama i widać, że cierpi na lęk separacyjny – zupełnie jakby jebała z home office. Tyle tylko, że ona już jest na zasłużonej (lub nie) emeryturze i nie stać jej w przeciwieństwie do mnie na psychiatrę. Chociaż w sumie to mnie też nie stać, za to mam prywatną opiekę menelmeda.

Wielka Niedziela zaczęła się spokojnie. Śniadanie, jajeczko, ojciec nawet nie miał z kim mordy zamoczyć, więc też specjalnie się nie ekscytował rozważaniami polityczno-obyczajowymi. Po załadowaniu paszy do jamy brzusznej padła komenda – SPACER! Miał być on remedium na walkę z ostrym cieniem mgły, albo – jak niektórzy to mówią – miał wspomagać trawienie. Pewnie myślisz, że udaliśmy się do kościoła jak każdy chrześcijanin, jednak my wybraliśmy mniej oczywisty kierunek. Kierunek cmentarz. Zwrot na kaplicę i grób wujka Krystiana.

Niestety, moja wypłata jest na tyle skromna, że nie pozwala mi planować życia dalej niż do ostatniego dnia każdego miesiąca. Jednak wycieczka na cmentarz była czymś, czego wszyscy się spodziewali i na tę okazję zakupiłem dwa piękne, czerwone znicze. Były one bardzo proste, jednak dostojne i duże. Zabrałem je ze sobą i po dotarciu do miejsca docelowego rozpakowałem. Użyczywszy zapalniczkę, pomiętoliłem w palcach knot, aby konar lepiej zapłonął i zadałem ognia. Postawiłem je po jednym w każdym rogu nagrobka – w nogach zmarłego.

Wtedy też atmosfera zgęstniała. Ciotka przestała się odzywać. Zamilkła, jakby zombiaka zobaczyła za nagrobkiem. Tylko ten wzrok. On nie był tępy, nie był też bystry. On był jak kibice Arki Świni – po prostu nienawistny. Domyśliłem się, że chodzi o znicze. Coś było nie tak. Coś nie pasowało. Zazwyczaj przynosimy tylko wkłady i dorzucamy się do kwiatów. Tym razem postawiliśmy na samowolkę – i to był błąd. Stara ciotka mi w sumie nic nie powiedziała, ojciec też się do niczego nie przyznał. Słyszałem nieco później, jak uprzejmie donosiła na mnie do swojej przyjaciółki. Żaliła się, że te znicze to kupiłem jak „jakiejś kurwie”. Całe czerwone jak do burdelu i niepasujące do reszty. Przecież kto to widział, żeby na Wielkanoc kupować czerwone, jak wszystko ma być żółte albo zielone. Kolory wiosny, nadziei i radości są jedynymi akceptowalnymi. Poza tym największe znicze zawsze kładzie się w głowie.

Ta zniewaga krwi wymaga – i przez pozostałą część świąt ciotka nie odzywała się ani do mnie, ani do mojego ojca. Całe szczęście, że chociaż mama mogła z nią pogadać. Wieczorem już się ewakułowaliśmy i niech psy szczekają. W sumie to na tym nasze święta się skończyły. W poniedziałek nie ma już lania wody, a ja spotykam się z rodziną mojej przyszłej konkubiny.

Chociaż była jeszcze jedna kara. Za tę całą zniewagę ciotka wyrzuciła nas z rodzinnej grupy na WhatsAppie i teraz już nie możemy wysyłać starszyźnie plemmiennej tych wspaniałych karteczek „Miłego dnia i pysznej kawusi”. To już koniec i niech ciasto cię nie udusi.

Mogłeś przegapić