JAK ZOSTAŁEM GRUBĄ RYBĄ…

POSEŁ SŁOMKOWSKI

Zawsze chciałem być kimś. Starzy mówili mi o studiach, pracy i takie tam. Poszedłem więc na studia, jak mówili. Wybrałem pedagogikę z nadzieją, że poznam wiele pięknych dziewcząt i nie będę się przemęczał. Choć tak naprawdę to zacząłem handlować samochodami. Tanio kupić drogo sprzedać stało się moją życiową domeną. Na uczelni wytrzymałem niecały rok, ale za to biznes w dalszym ciągu jest opłacalny.

Cały czas miałem jakieś większe ambicje. Chciałem zmieniać świat na lepsze. Zająłem się więc polityką. Wysłałem zgłoszenie do jednej z większych partii politycznych w Polsce. Opisałem swoje pomysły i czekałem na odpowiedź. Mógłbym czekać w sumie do dziś. Oczywiście brak odpowiedzi mnie nie zniechęcał. Jak nie drzwiami, to oknem. Jak samochód jest „ciepły”, to na części. Postanowiłem odwiedzić pana posła w jego biurze i przedstawić się osobiście. W tym miejscu tak naprawdę zaczęły się schody. Bo pomimo że skurwysyn pobiera co miesiąc diety na biuro poselskie, to nikt tam nie odbiera telefonów i nie byłem w stanie się umówić. Aby dotrzeć na miejsce, użyłem więc własnych stóp — i także nikogo nie zastałem, pomimo że akurat trafiłem w okienko czasowe, w którym jaśniepan powinien przyjmować interesantów. Widocznie nikt się nie zapisał na audiencję u jego wysokości. Postanowiłem więc uderzyć pięterko niżej i skontaktowałem się z jednym z lokalnych radnych należących do partii.

Radny to swój chłop. Nazwiska nie podam, ale jest to stosunkowo młody człowiek, który od około dziesięciu lat żyje na nasz koszt i — w mojej opinii — stara się zrobić coś dobrego dla lokalnej społeczności. Gość jednak nie bardzo wiedział czego od niego chcę. Ja mu mówię, że chcę zmieniać świat, że mam propozycje zmian przepisów, mówię o rozliczaniu tych, co nakradli — a on na mnie patrzy jak na kapustę. Ja nie wiem, czy chciał mnie zjeść, czy wyrzucić. W końcu zaproponowałem, czy mógłby mnie skontaktować z jaśniepanem. „Ohoho, z panem posłem to będzie problem, ale w jaki sposób ty mógłbyś nas wspierać?” — zapytał.

Zaproponowałem robienie social mediów, szukanie dziur w przepisach, robienie akcji jak sprzątanie świata etc. On się mnie spytał, czy podpisy mogę też dla nich zbierać i ulotki roznosić. Jasne — odparłem. W taki właśnie sposób wjebałem się w kloakę zwaną wyborami prezydenckimi. Trochę to jakby wybierać między wirusem HIV, COVID-em, ospą i rzeżączką. Wkopałem się w to choróbsko na całego. Z posłem się nie spotkałem, za to dostałem karty, żeby zbierać podpisy poparcia. Swoje zadanie wykonałem: obskoczyłem przyjaciół, rodzinę, znajomych i zebrałem około 30 podpisów — nawet osoby, które nie lubią kandydata „naszej partii”, mi to gówno podpisały.

W związku z moimi zasługami i cegiełką, którą dorzuciłem do wyborów, dostałem plik ulotek i baner do rozwieszenia na płocie. Chuj, że mieszkam w bloku — ale powiesiłem szmatę, niech im będzie. Po tym wszystkim w końcu udało mi się złapać kontakt do jaśniepana posła. Umówiłem się więc na audiencję u jego ekscelencji.

Umiem sprzedać samochód po szkodzie całkowitej jako bezwypadkowy, jednak spotkania z szychami zawsze mnie denerwowały. Tym razem też struna mi się napięła i postanowiłem się rozluźnić. Do głowy przychodziły mi dwa pomysły: zajebać trochę hydroksyzyny mojej żonie, albo walnąć dwa kielichy przed spotkaniem. Po psychotropach robiłem się strasznie śpiący, więc wybrałem kielicha. Wypiłem około 100 ml wódeczki — przecież na spotkanie miałem dojść pieszo.

Jaśniepan przyjął mnie z honorami, zaproponował kawę — i w sumie nic więcej. Stwierdził, że moje pomysły są bardzo ciekawe, i spytał, czego oczekuję. Zaproponowałem, że może zostanę jego społecznym asystentem. On jednak miał już swoje asystentki, a sprzedawca samochodów nie będzie miał mu nic do zaproponowania. Spytałem się zatem, co ja mogę zrobić dla partii. Odpowiedź była bardzo prosta: wpłacić środki na kampanię, roznosić ulotki i wspierać wspólną sprawę.

Jako że byłem już trochę rozluźniony i wkurwiony przebiegiem rozmowy, która prowadziła do lasu — nie mam tu na myśli Lasów Państwowych, tylko manowce — wiedziałem, że to jest strata czasu. Spytałem się więc jaśniepana, czy jego żona wie o TYM romansie. Z mocnym naciskiem na tym. Oczywiście ja nic o żadnym romansie jaśniepana nie wiedziałem, ale postanowiłem zagrać va banque i zobaczyć, co się stanie. Nie uwierzysz, ale ten skurwysyn mi przypierdolił. Tak po prostu — bez ostrzeżenia pięść poleciała w moją stronę. Raz, drugi, trzeci. Wyłamał mi zęby, a ja padłem na podłogę zakrwawiony. Do gabinetu wbiegła jakaś jego asystentka albo sekretarka, która — usłyszawszy hałas — się bardzo zaniepokoiła. Raban na całego, ja cały we krwi bez zębów na przodzie, a pan poseł cały czerwony gotów zadać mi kolejne razy.

W ten właśnie sposób zostałem członkiem partii i w następnej kadencji posłem. Wejście do polityki zmieniło moje życie na zawsze — z podrzędnego handlarza samochodów zostałem grubą rybą.

Mogłeś przegapić