SYGNALISTA CZY DONOSICIEL?
Ach ten sentyment. Za komuny sprawa była jasna. Leszcze nie ruszały grubych ryb. Zwykły pracownik nie ważył się podskoczyć dyrektorowi czy prominentowi, bo to zazwyczaj oznaczało nieprzyjemności. Fikasz, to nie dostajesz bonów, albo pomarańczy na święta. Posłuszeństwo, lojalność i bierność były cechami najbardziej pożądanymi. Po upadku komuny wszystko się zmieniło. Wolna Polska i trójpodział władzy, który miał zapewnić rozdział wymiaru sprawiedliwości od krętaczy (czyli polityków). Teraz jeśli jakiś wysoko postawiony urzędnik lub polityk popełni przestępstwo, każdy może zgłosić to do prokuratury lub na policję. Władza sądownicza w końcu stała się zupełnie niezależna od władzy wykonawczej i ustawodawczej. Po 1990 roku twój burmistrz, wójt i polityk musiał mieć się na baczności, bo każdy mógł zgłosić nieprawidłowości, mając pewność że sprawa zostanie zbadana.
Uchwalono nawet specjalną ustawę o sygnalistach, dzięki której osoby, które odkryły nieprawidłowości w różnych organizacjach, nie mogą być zwolnione. Celem tej ustawy jest otwarcie parasola ochronnego nad świadkami zbrodniczych praktyk polityków i urzędników. Nie mam tu na myśli morderstw, czy gwałtów, lecz przestępstw gospodarczych polegających na praniu pieniędzy, wyłudzaniu, defraudowaniu, łapownictwie i innych, które są bardzo trudne do udowodnienia.
Sygnalista to polski odpowiednik angielskiego słowa whistleblower (whistle – gwizdek, blow – dmuchać). Każdy działacz i doświadczony samorządowiec pamiętający słusznie minione czasy czerwone nazywa jednak takie osoby donosicielami. Bo przecież te osoby donoszą do prokuratury na swoich zwierzchników. Fakt, może nie wszyscy działacze postępują zgodnie z prawem, ale tak od razu donosić, zamiast się „dogadać”? Mówi się, że kiedyś to były czasy, a teraz to czasów już nie ma. Młodym ludziom w dupach się poprzewracało i już nikt nie chce się „dogadywać”. Niestety, rzeczywistość jest dużo gorsza. Młodzi bardzo chętnie się dogadują – tylko nie wszyscy. Stare pryki muszą wiedzieć, z kim i jak się dogadać. Jeden leszczyk chętnie połknie haczyk i skonsumuje nagrodę, inny z kolei zacznie dmuchać w gwizdek.
Jeżeli dziś mamy takie eldorado dla sygnalistów, to każdy może zgłosić nieprawidłowości. Donosiciele myślą, że są teraz zupełnie bezkarni i mogą kablować jak leci. W prokuraturze z kolei powinny ustawiać się kolejki jak do budy z darmowymi kebabami, a pracownicy organów ścigania powinni nie spać po nocach, bo trzymają teczki z aktami. Nic takiego jednak się nie dzieje, pomimo że aparat opresji państwa ma bardzo duże problemy kadrowe. Skąd zatem ten przestój.
Może dlatego, że problemy z nieprawidłowościami się skończyły? Pewnie tak. Możliwe też, że element kryminogenny potrafi się zakamuflować pod biurkiem urzędu lepiej niż GRU w konspiracji. Możliwe też, że prokuratura jest wciąż upolityczniona i ukręca się łeb sprawom, które mogłyby być niewygodne dla towarzyszy z partii, która dzierży koryto. Jak jest naprawdę, tego nie wie nikt.

Najbardziej znanym sygnalistą na świecie jest Edward Snowden, o którym kiedyś na pewno coś napiszę. Chciałbym jednak poruszyć jeszcze jeden wątek, który dotyczy krainy znad Wisły. Pamiętacie tajne więzienia CIA w Kiejkutach? Sprawa się rypła, bo ktoś doniósł dziennikarzom z The Washington Post, że w Europie torturowani są amerykańscy więźniowie z Bliskiego Wschodu. Myśląc o sygnalistach, przychodzi mi właśnie do głowy ta sprawa, bo informatorzy są do dziś nieznani, a wszyscy o tym słyszeli.
Jak widać, donosiciele mogą zachwiać nawet relacjami między państwami. Chyba że to Ruscy wtedy chlapnęli. Jednak każdy działacz powinien się dziś strzec, bowiem nawet jeśli ma przyjaciół w prokuraturze krajowej, to władza kiedyś się zmieni i nigdy nie wiadomo, kiedy szambo wybije.

Opublikuj komentarz
Musisz się zalogować, aby móc dodać komentarz.