Wójtowanie – misja czy biznes?
„Bo pensja jest jak w korporacji, a stresu mniej”
Gdy pytam znajomego przedsiębiorcę, czemu startuje na wójta, uśmiecha się: „No jak to? 15 tysięcy na rękę, auto z kierowcą i nikt nie wymaga wyników jak w firmie”. W małych gminach to fortuna – zwłaszcza gdy jedyna „presja” to cotygodniowe narady z sołtysem. Tylko czy na pewno o to chodzi w samorządzie?
Raport z pierwszej ławki: dywaniki, diety i dreszczyk władzy
W jednej podkarpackiej gminie nowy wójt w pierwszym miesiącu wymienił dywan w urzędzie („bo śmierdział”), zatrudnił kuzynkę w referacie i podniósł dietę służbową o 200%. „Bo stać nas” – tłumaczył radnym. Mieszkańcy wciąż jeżdżą po dziurach jak za poprzednika. Ciekawe, czy któryś z nich też dostanie podwyżkę?
Gdzie kończy się służba publiczna, a zaczyna układanka?
Prawdziwi zapaleńcy istnieją – jak wójt z Pomorza, który od 10 lat jeździ swoim gratem i odbudował szkołę z funduszy UE. Ale są i tacy, dla których gmina to „skarbonka”: znajomy dostaje kontrakt na oświetlenie, szwagierka prowadzi świetlicę, a remiza stoi… bo „brak środków”. I tak w koło Macieju.
„Niech pierwszy rzuci kamień, kto nie chciałby zarabiać”
Obrońcy wysokich pensji mają argument: „To odpowiedzialność!”. Tylko czemu wójt zarabia więcej niż premier? I dlaczego w czasie pandemii nie zrezygnował z premii, gdy przedszkolanki dostawały minimalną? Może dlatego, że – jak mówi lokalna plotka – „jak już się wsiądzie do tego mercedesa, to ciężko wysiąść”.
Test na uczciwość: co wójt zrobił dla wsi, gdy nikt nie patrzył?
Najlepszy sposób, by odróżnić pasjonata od kombinatora? Sprawdź, czy remontował drogi przed wyborami, czy po. Albo czy jego „wizytówką” jest nowe boisko… obok działki teścia. Bo wójtowanie to jak małżeństwo – nie dla pieniędzy, ale bez nich też ciężko. Tylko czy na pewno aż tak ciężko?
P.S. Czy w Twojej gminie wójt jeździ służbowym BMW czy rowerem? W komentarzu – bez obaw, i tak pewnie tego nie czyta.

Opublikuj komentarz
Musisz się zalogować, aby móc dodać komentarz.